
Ryszard Kalinowski
Jestem człowiekiem, dla którego historia, rodzina i wspomnienia mają szczególne znaczenie. Moje życie związane jest zarówno z Polską, jak i z Norwegią — dwoma krajami, które odegrały ważną rolę w mojej osobistej historii.
Przez wiele lat angażowałem się w działalność społeczną i życie Polonii. Ważne miejsce w moim życiu zajmują również rodzinne wspomnienia oraz historia ludzi, których losy zasługują na zachowanie dla następnych pokoleń.
Jedną z moich największych pasji jest klasyczna motoryzacja, a szczególne miejsce zajmuje w niej Mercedes W114 — samochód, który dla mnie jest czymś więcej niż tylko zabytkowym pojazdem.
Ta strona jest miejscem, w którym chcę zachować wspomnienia, opowiedzieć swoją historię, przybliżyć historię mojej rodziny oraz podzielić się tym, co przez lata było i nadal jest dla mnie ważne.
Moje korzenie i rodzina
Walenty Kalinowski – mój dziadek
Historia każdej rodziny zaczyna się od ludzi, którzy byli przed nami. Od ich codziennego życia, pracy, marzeń, ale czasami również od dramatycznych wydarzeń, które na zawsze zmieniły los całej rodziny.
Jedną z najważniejszych postaci w historii mojej rodziny był mój dziadek — Walenty Kalinowski.
Pracował na kolei jako zawiadowca stacji w Zawadzkiej Woli. Był człowiekiem swojego czasu, związanym z koleją i odpowiedzialną pracą, która wymagała dokładności, dyscypliny i poczucia obowiązku.
Tragiczny rozdział w jego życiu rozpoczął się 1 września 1939 roku. W pierwszym dniu wojny został aresztowany. Później trafił do Oranienburga, gdzie zakończyło się jego życie.

Dla naszej rodziny nie była to jedynie historia zapisana w dokumentach. Była to tragedia, której skutki na długo pozostały w pamięci kolejnych pokoleń.
Dzisiaj, po wielu latach, staram się zachować pamięć o moim dziadku. Jego los jest częścią historii mojej rodziny — historii, której nie chcę pozwolić odejść w zapomnienie.
Ta strona jest również miejscem pamięci o nim i o wszystkich członkach mojej rodziny, których życie zostało naznaczone przez dramatyczne wydarzenia XX wieku.

Od lewej: Kazimiera, Heliodor na kolanach Salomei, Walenty, Kazimierz.


Powyżej lista więźniów w Oranienburg, widnieje nazwisko mojego dziadka Walentego Kalinowskiego. Jako zgon podano zawał serca.
Mój ojciec – dzieciństwo przerwane przez wojnę
Historia mojej rodziny nie skończyła się wraz z wybuchem wojny. Dla mojego ojca właśnie wtedy zaczęła się droga, której jako dziecko nie mógł ani zrozumieć, ani przewidzieć.
Mój ojciec urodził się w 1927 roku. Miał zaledwie kilkanaście lat, kiedy wojna brutalnie wkroczyła w życie jego i jego najbliższych. Zamiast spokojnego dzieciństwa, nauki, domu i planów na przyszłość, przyszły strach, wysiedlenie i niepewność jutra.
Syberia
Wojna zabrała mu to, co dla każdego dziecka powinno być oczywiste – poczucie bezpieczeństwa i rodzinny dom.
Został wywieziony na Syberię w 1945 roku. Daleko od Polski, od rodzinnych stron i od wszystkiego, co było mu znane. Surowy klimat, ciężkie warunki życia, głód i ciągła niepewność stały się częścią jego codzienności.
Był jeszcze bardzo młody.
Trudno dziś wyobrazić sobie, co musiało oznaczać dla dziecka znalezienie się tysiące kilometrów od własnego domu. Syberia nie była dla niego tylko odległym miejscem na mapie. Była doświadczeniem, które na zawsze pozostawiło ślad w jego życiu.
Tam trzeba było przede wszystkim przetrwać.
Nie wiem, ile razy mój ojciec wracał myślami do Polski. Nie wiem, ile razy zastanawiał się, czy jeszcze zobaczy rodzinne strony. Wiem natomiast, że przeżył.
I kiedy po latach wrócił do Polski, wrócił już jako człowiek doświadczony przez życie znacznie bardziej, niż powinien być człowiek w jego wieku.
Powrót do Polski
Powrót nie oznaczał końca trudności.
Polska, do której wrócił, była zupełnie innym krajem niż ten, który zapamiętał sprzed wojny. Wojna pozostawiła po sobie zniszczenia, biedę i ludzi, którzy – podobnie jak on – musieli zaczynać życie niemal od początku.
Mój ojciec próbował odnaleźć swoje miejsce w tej nowej rzeczywistości.
Z czasem założył rodzinę. Poznał moją mamę, Janinę Cichocką. Ich życie nie było łatwe, ale stworzyli dom, w którym miało pojawić się kolejne pokolenie.

Slub moich rodziców
Tym pokoleniem byłem ja.
Urodziłem się 21 grudnia 1952 roku.
Ojciec, którego prawie nie zdążyłem poznać
Moje wspomnienia o ojcu są bardzo krótkie.
Byłem jeszcze małym dzieckiem, kiedy jego życie ponownie zostało naznaczone cierpieniem. Po doświadczeniach wojny, Syberii i trudnych latach powojennych zachorował na raka.
Zmarł w listopadzie 1953 roku.
Miałem wtedy niespełna rok.
Dlatego przez całe życie moje wyobrażenie o ojcu budowało się nie tylko z własnych wspomnień. Tworzyłem je z opowieści mamy, rodzinnych dokumentów, fotografii i z tego, czego dowiadywałem się o jego życiu wiele lat później.
Im jestem starszy, tym bardziej rozumiem, jak wiele musiał przeżyć człowiek, który od dzieciństwa został wystawiony na działanie historii.
Najpierw wojna.
Potem Syberia.
Powrót do kraju, który trzeba było odbudować.
Rodzina.
I wreszcie choroba, która odebrała mu życie, kiedy jego syn był jeszcze niemowlęciem.
Dziedzictwo
Ojciec nie zdążył opowiedzieć mi swojej historii.
Dlatego dziś próbuję ją odtworzyć.
Nie tylko dla siebie.
Chcę, aby pozostała także dla następnych pokoleń naszej rodziny.
Bo za wielkimi wydarzeniami historycznymi zawsze kryją się pojedynczy ludzie. Dzieci, rodzice, rodziny, które pewnego dnia musiały opuścić swoje domy i walczyć o przetrwanie.
Mój ojciec był jednym z nich.
Jego dzieciństwo zostało przerwane przez wojnę.
Jego młodość naznaczyła Syberia.
A jego życie zakończyło się zbyt wcześnie.
Pozostała po nim jednak rodzina.
Pozostałem ja.
I pamięć, którą dziś próbuję zachować.
Dziecko bez ojca
Ojciec miał na imię Heliodor. W domu wołali na niego Helek
Kiedy ojciec odszedł, miałem niespełna rok. Nie mogłem jeszcze rozumieć, czym jest śmierć i dlaczego człowiek, którego powinienem poznawać przez całe dzieciństwo, nagle zniknął z mojego życia.
Dorastałem bez jego głosu, bez jego rad i bez możliwości zadania mu najprostszych pytań, które syn chciałby kiedyś zadać swojemu ojcu.
Nie mogłem zapytać go o Syberię.
Nie mogłem zapytać, czego się bał, za czym tęsknił i jak wyglądały jego pierwsze dni po powrocie do Polski.
Nie mogłem usiąść z nim przy stole i słuchać jego wspomnień.
Pozostały tylko opowieści innych ludzi.
Najważniejszą osobą, która przechowała pamięć o moim ojcu, była moja ciocia, Bernasia. To dzięki niej mogłem z czasem poznawać człowieka, którego sam właściwie nie zdążyłem poznać.
Ciocia Bernasia – strażniczka pamięci
Po śmierci ojca całe życie rodziny musiało potoczyć się dalej.
Mama została sama z małym dzieckiem.
Musiałem dorastać w świecie, w którym ojciec był bardziej wspomnieniem niż obecnością. Z biegiem lat coraz bardziej rozumiałem, jak wielką pustką był brak ojca.
Opowieści cioci były dla mnie czymś więcej niż rodzinnymi wspomnieniami.
Były fragmentami historii mojego ojca.
Dzięki nim mogłem stopniowo układać obraz jego życia – od dzieciństwa, przez wojenną tułaczkę i Syberię, aż po powrót do Polski i krótkie lata, które dane mu było przeżyć po wojnie.
Historia, która nie może zaginąć
Przez wiele lat człowiek może odkładać wspomnienia na później.
Wydaje się, że jeszcze będzie czas, aby zapytać, poszukać dokumentów, obejrzeć stare fotografie i zapisać rodzinne historie.
A później przychodzi moment, kiedy zaczynamy rozumieć, że pamięć jest czymś kruchym.
Odchodzą ludzie, którzy jeszcze coś pamiętali.
Znikają szczegóły.
Nazwiska i daty zaczynają się mieszać.
Fotografie pozostają, ale coraz trudniej znaleźć kogoś, kto potrafi powiedzieć: „To było wtedy…”, „To jest twój ojciec…”, „Tak wyglądało nasze życie…”.
Dlatego postanowiłem tę historię zapisać.
Nie znam wszystkich odpowiedzi.
Być może nigdy już ich nie poznam.
Ale chcę zachować to, co udało się odnaleźć i zapamiętać.
Bo historia mojego ojca jest częścią mojej historii.
A moja historia jest częścią historii naszej rodziny.
Pamięć dla następnych pokoleń
Dziś patrzę na życie mojego ojca z perspektywy wielu dziesięcioleci.
Wtedy był młodym człowiekiem, który próbował po prostu przeżyć.
Dziś wiem, że za jego krótkim życiem kryje się historia całego pokolenia Polaków, których wojna wyrwała z rodzinnych domów, a powojenne lata zmusiły do budowania życia od nowa.
Chcę, aby jego imię nie pozostało tylko wpisem w rodzinnym dokumencie.
Chcę, aby za tym imieniem można było zobaczyć człowieka.
Syna.
Męża.
Ojca.
Człowieka, który jako młody chłopak został wywieziony na Syberię, wrócił do Polski, założył rodzinę i został ojcem.
Ojca, którego życie trwało zbyt krótko.
Ale którego historia trwa we mnie.
I dlatego ją zapisuję.
Moje dzieciństwo – dorastanie bez ojca
Moje dzieciństwo było inne niż dzieciństwo większości dzieci.
Nie miałem ojca, którego mógłbym pamiętać. Nie miałem też pamiątek, które pozwoliłyby mi zachować jego obraz. Wojna zabrała mojej rodzinie bardzo wiele. Zabrała również możliwość poznania człowieka, który był moim ojcem.
Wieś, babcia i dziadek
Po śmierci ojca dorastałem na wsi, u rodziców mojej mamy – u babci Julianny, dziadka Bernarda i cioci Bernasi – Bernadeta
To właśnie tam spędziłem pierwsze lata mojego życia.
Była tam także moja ciocia Bernadeta, młodsza siostra mamy. W domu wołali na nią Bernasia. To ona w dużej mierze się mną zajmowała i to właśnie od niej słyszałem opowieści o moim ojcu.
Dla małego chłopca te opowieści były czymś niezwykle ważnym.
Nie mogłem zapytać ojca, jaki był. Nie mogłem usiąść obok niego i słuchać jego wspomnień. Dlatego każde słowo Berenasi o nim miało dla mnie ogromne znaczenie.
Budowałem sobie obraz ojca z tego, co potrafili powiedzieć inni.
Szczególne miejsce w moim dzieciństwie zajmował dziadek Bernard. Był dla mnie autorytetem. Człowiekiem, którego szanowałem i na którym mogłem się oprzeć. Wieś, dziadkowie i ciocia były całym moim światem.
Był to świat prosty, ale dla mnie bezpieczny i znajomy.
Powrót do domu
Kiedy miałem siedem lat, wróciłem do domu, do mamy.
To był dla mnie bardzo trudny moment.
Przez pierwsze lata życia przyzwyczaiłem się do innego świata – do wsi, babci Julianny, dziadka Bernarda i cioci Bernasi. Nagle znalazłem się w zupełnie nowej rzeczywistości.
Dziecinstwo moje bylo smutne i trudne.
Nie potrafiłem wtedy zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Dziecko nie zna powodów, które kierują dorosłymi. Pamięta przede wszystkim strach, samotność i poczucie, że nie bardzo wie, gdzie jest jego miejsce.
A przecież już wcześniej życie odebrało mi ojca.
Szkoła nr 3 w Elblągu
W wieku siedmiu lat zacząłem chodzić do Szkoły Podstawowej nr 3 w Elblągu.
Pamiętam przede wszystkim swoje zagubienie.
Wieś, na której dorastałem, była całym moim dotychczasowym światem. W tym swiecie byl mój przyjaciel Fifek, maly kundelek. Teraz znalazłem się w mieście, w szkole, wśród wielu dzieci, nauczycieli i nowych zasad.
To był zupełnie inny świat.
Musiałem się go nauczyć.
Dla innych dzieci rozpoczęcie szkoły było naturalnym etapem dzieciństwa. Dla mnie oznaczało również konieczność odnalezienia się w rzeczywistości, której wcześniej nie znałem.
Brakowało mi tego, co znałem ze wsi.
Brakowało mi babci Julianny.
Brakowało mi dziadka Bernarda, który był moim autorytetem.
Brakowało mi cioci Bernasi.
I gdzieś w tym wszystkim brakowało mi również ojca, choć wtedy jeszcze nie potrafiłem do końca nazwać tego braku.
Ciągłe poszukiwanie ojca
Nie miałem po ojcu żadnych pamiątek.
Żadnych przedmiotów, które mógłbym wziąć do ręki i powiedzieć: „To należało do mojego ojca.”
Dlatego przez całe życie szukałem ludzi, którzy mogliby mi o nim opowiedzieć.
Chciałem wiedzieć, jaki był.
Jak się zachowywał.
Co lubił.
Czego się bał.
O czym marzył.
Jakim był człowiekiem.
Każda informacja była dla mnie cenna, bo pozwalała mi choć trochę wypełnić pustkę, która pozostała po jego odejściu.
Szukałem tych wspomnień także u rodziny mojego ojca.
Pamiętam moją babcię Salomeę – matkę mojego ojca.
Matka starała odizolowac mnie od niej, mojej babci.
Chciałem, żeby opowiedziała mi o swoim synu.
Ale ona również nie potrafiła o nim mówić.
Było to dla niej bardzo trudne i wzruszające.
Z czasem zrozumiałem, że nie zawsze milczenie oznacza brak pamięci.
Czasami jest właśnie odwrotnie.
Człowiek milczy, ponieważ pamięta zbyt wiele.
Wojna zabrała wszystko
Dopiero wiele lat później zacząłem rozumieć, jak bardzo wojna wpłynęła na życie naszej rodziny.
Zabrała dziadkowi Walentemu życie.
Ojca wyrwała z normalnego dzieciństwa, a później rzuciła go na Syberię.
Mnie pozbawiła możliwości dorastania przy ojcu.
Zabrała również rodzinne pamiątki, wspólne fotografie i historie, które powinny przechodzić z pokolenia na pokolenie.
Wojna zabrała wszystko.
Pozostała pamięć.
I właśnie tej pamięci przez całe życie szukałem.
Dziś wiem, że moje dzieciństwo było początkiem tej drogi.
Drogi poszukiwania ojca, którego prawie nie zdążyłem poznać, ale którego obecność – a właściwie jego brak – towarzyszyła mi przez całe życie.
Ewa, rodzina i Sierpień 1980
Przez całe dzieciństwo i młodość nosiłem w sobie poczucie samotności i zagubienia.
Nie miałem dobrych relacji z mamą. W domu brakowało mi poczucia bliskości i bezpieczeństwa. Dorastałem z poczuciem, że jestem sam i że muszę sam znaleźć swoje miejsce w świecie.
Przez wiele lat nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo potrzebowałem czegoś, czego właściwie nigdy nie miałem – prawdziwej rodziny.
Ewa
W 1978 roku poznałem Ewę.
To spotkanie zmieniło moje życie.
Po raz pierwszy poczułem, że ktoś jest naprawdę blisko mnie. Że mogę z kimś dzielić codzienność, radości, troski i plany na przyszłość.
Ewa została moją żoną.
W 1979 roku urodziła nam się córka – Kasia.
Narodziny córki były dla mnie przełomem.
Nagle mój świat całkowicie się zmienił.
Po latach samotności odkryłem coś, czego wcześniej właściwie nie znałem – miłość i rodzinę.
Patrząc na małą Kasię, zacząłem rozumieć, czym jest więź między ojcem a dzieckiem.
Być może właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, czego zabrakło mi w dzieciństwie.
Chciałem być dla mojej córki takim ojcem, jakiego sam nie miałem.
Chciałem, żeby wiedziała, że zawsze ma do kogo przyjść, z kim porozmawiać i na kim się oprzeć.
Rodzina stała się dla mnie najważniejsza.
Sierpień 1980
Nie wiedziałem wtedy, że moje życie rodzinne za chwilę zetknie się z wielką historią.
W sierpniu 1980 roku w Polsce wybuchły strajki.
Wieści o wydarzeniach na Wybrzeżu docierały do ludzi z ogromną siłą. Czuło się, że dzieje się coś niezwykłego.
Nie potrafiłem stać z boku.
Od razu zaangażowałem się w strajk.
Nie była to dla mnie tylko sprawa polityki czy wielkich haseł.
Myślałem o przyszłości.
O tym, w jakim kraju będzie dorastała moja córka.
O tym, czy moje dziecko będzie mogło żyć w Polsce, w której człowiek może mówić prawdę, mieć własne zdanie i nie bać się władzy.
Po raz pierwszy poczułem, że mogę zrobić coś nie tylko dla siebie i swojej rodziny, ale również dla innych ludzi.
Sierpień 1980 roku rozpoczął kolejny, bardzo ważny etap mojego życia.
Etap, który na zawsze połączył moje życie rodzinne z historią Polski.
Nie wiedziałem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta droga.
Wiedziałem tylko jedno:
nie chciałem już być obojętny.
Sierpień 1980 – mój pierwszy krok do Solidarności
W 1980 roku pracowałem w Elbląskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego, potocznie nazywanym „Przemysłówką”.
Byłem kierownikiem Działu Kontroli w Dziale Transportu.
Nie przypuszczałem wtedy, że wydarzenia, które rozpoczęły się w sierpniu 1980 roku, tak bardzo zmienią moje życie.
Strajk
W sierpniu rozpoczął się strajk.
Od początku byłem w niego zaangażowany.
W drugim dniu strajku wybraliśmy na przewodniczącego Jana Wyszykowskiego z Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego.
Mówiliśmy na niego Janek.
Po trzech dniach Janek zrezygnował z funkcji przewodniczącego.
Wtedy zapadła decyzja, która na zawsze zmieniła moje życie.
Zostałem wybrany na przewodniczącego strajku.
Nie miałem wtedy świadomości, dokąd doprowadzi mnie ta decyzja.
Byłem człowiekiem, który jeszcze niedawno czuł się samotny i zagubiony. Człowiekiem, który przez całe życie szukał swojego miejsca.
Teraz stanąłem przed ludźmi i musiałem wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale również za innych.
Po strajku
Zakończenie strajku nie oznaczało dla mnie końca działalności.
Wręcz przeciwnie.
Po zakończeniu strajku zostałem wybrany do władz Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność”, jako zastępca Lecha Wałęsy odpowiedzialny za kontakty zagraniczne.
W Elblągu wybrano mnie natomiast na przewodniczącego Międzyzakładowej Komisji Założycielskiej NSZZ „Solidarność”.
Nagle znalazłem się w centrum wydarzeń, które zaczęły zmieniać Polskę.
Odnalazłem swoje miejsce
Patrząc dziś z perspektywy wielu lat, widzę w tym wszystkim pewną ciągłość.
Jako dziecko dorastałem bez ojca.
Przez wiele lat czułem się samotny i zagubiony.
W 1978 roku poznałem Ewę. Później została moją żoną. W 1979 roku urodziła się nasza córka Kasia.
Dzięki nim poznałem, czym jest miłość i rodzina.
A w sierpniu 1980 roku po raz pierwszy poczułem, że mogę zrobić coś również dla innych.
Że mogę wziąć odpowiedzialność.
Że mogę stanąć po stronie ludzi, którzy chcą żyć w wolnym i sprawiedliwym kraju.
Nie wiedziałem jeszcze, jak trudna będzie droga, którą właśnie rozpocząłem.
Przede mną były kolejne miesiące i lata walki o wolność, odpowiedzialność za ludzi, trudne decyzje, a później również stan wojenny i działalność opozycyjna.
Sierpień 1980 roku był początkiem nowego rozdziału mojego życia.
I początkiem mojej drogi w „Solidarności”.
Stan wojenny – powrót piekła
Okres działalności w „Solidarności” był niezwykle intensywnym czasem mojego życia.
Powstała nowa rzeczywistość. Wszystko wydawało się możliwe. Ludzie uwierzyli, że Polska może się zmienić.
Dzisiaj ten okres jest już dobrze opisany przez historyków. Być może kiedyś wrócę do tych wydarzeń i opiszę dokładniej swoją działalność w „Solidarności”, ludzi, których spotkałem, oraz wydarzenia, w których uczestniczyłem.
Ale po tym czasie przyszło coś, czego nie da się opisać wyłącznie w kategoriach historii.
Przyszedł stan wojenny.
I dla mnie rozpoczęło się kolejne piekło.
Internowanie
Zostałem internowany.
Rozpoczął się czas działalności opozycyjnej, represji i ciągłego strachu.
Aresztowania.
Rewizje.
Przesłuchania.
Podsłuchy.
Ciągła świadomość, że człowiek może być obserwowany, że ktoś może wejść do domu, zabrać dokumenty, przeszukać mieszkanie albo ponownie aresztować.
Życie zostało podporządkowane nieustannemu napięciu.
To był jeden wielki koszmar.
Dzisiaj, po tylu latach, wiele z tych wydarzeń opisuje się jako część historii Polski.
Ale dla człowieka, który tego doświadczał, nie była to historia.
To było codzienne życie.
To był strach o siebie.
I przede wszystkim strach o rodzinę.
Ewa
Tylko Ewa i ja wiemy, co naprawdę wtedy przeżyliśmy.
To ona była przy mnie w najtrudniejszych chwilach.
Kiedy mnie nie było, musiała radzić sobie sama.
Kiedy wracałem, wiedzieliśmy, że to może być tylko chwilowa przerwa w kolejnych problemach.
Nie wiedzieliśmy, co przyniesie następny dzień.
A przecież mieliśmy Kasię.
Naszą córkę.
Była jeszcze za mała, żeby zrozumieć, co dzieje się wokół niej.
Dla niej świat powinien być po prostu domem, mamą, tatą i poczuciem bezpieczeństwa.
A tymczasem dorastała w rzeczywistości, w której ojca czasami nie było, w domu pojawiał się strach, a rodzice żyli pod ogromną presją.
Decyzja o emigracji
Przez długi czas próbowaliśmy żyć dalej.
Ale w pewnym momencie musieliśmy zadać sobie najważniejsze pytanie:
Czy chcemy, aby nasze dziecko dorastało w takim świecie?
Odpowiedź była dla nas coraz bardziej oczywista.
Zdecydowaliśmy się na emigrację do Norwegii.
Nie była to łatwa decyzja.
Nie wyjeżdżaliśmy dlatego, że nie kochaliśmy Polski.
Wręcz przeciwnie.
Polska była naszym domem.
Ale byliśmy rodzicami i mieliśmy obowiązek myśleć przede wszystkim o przyszłości naszego dziecka.
Chcieliśmy dać Kasi szansę na inne życie.
Na spokojne dzieciństwo.
Na bezpieczeństwo.
Na możliwość dorastania bez strachu, który przez tyle lat był częścią naszego życia.
Dlatego podjęliśmy decyzję o wyjeździe.
Wyjechaliśmy do Norwegii, aby dać naszej córce lepszą szansę na życie.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że rozpoczynamy kolejny wielki rozdział naszej historii.
Tym razem poza Polską.
Norwegia – nowe życie
Po przyjeździe do Stavanger musieliśmy odnaleźć się w całkowicie nowym świecie.
Nowy kraj.
Nowy język.
Nowi ludzie.
Nowy system.
Wszystko było inne.
Po tym, co przeżyliśmy w Polsce, musieliśmy nauczyć się życia od początku.
Ale bardzo szybko zauważyliśmy coś, czego przez wiele lat tak bardzo nam brakowało – zaufanie do drugiego człowieka.
Norwegowie byli dla nas życzliwi, pomocni i otwarci. Pomagali nam odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To było dla nas niezwykłe doświadczenie.
Po latach życia w strachu i nieufności zaczęliśmy odkrywać, że można po prostu zaufać drugiemu człowiekowi.
Stavanger
Od samego początku nie potrafiłem być obojętny na to, co działo się w Polsce.
Nadal chciałem pomagać.
W Stavanger spotkałem Tadeusza Wielochowskiego, przewodniczącego Towarzystwa Polsko-Norweskiego oraz Komitetu Pomocy.
To było ważne spotkanie.
Poznałem człowieka, z którym łączyło mnie podobne myślenie i podobne wartości.
Można powiedzieć, że spotkałem bratnią duszę.
Wspólnie angażowaliśmy się w pomoc Polsce i Polakom.
Towarzystwo Polsko-Norweskie
Po pewnym czasie zostałem wybrany na przewodniczącego Towarzystwa Polsko-Norweskiego w Stavanger.
Praca społeczna ponownie stała się ważną częścią mojego życia.
Kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, do Norwegii zaczęła przyjeżdżać nowa fala Polaków.
Tym razem potrzebna była jednak inna forma pomocy.
Nie chodziło już tylko o paczki, żywność czy podstawowe rzeczy.
Ludzie przyjeżdżali do Norwegii, aby pracować i budować tutaj swoje życie. Potrzebowali wiedzy.
Organizowaliśmy więc kursy i szkolenia dotyczące życia w Norwegii.
Mówiliśmy o norweskim systemie, ochronie zdrowia, podatkach i codziennym funkcjonowaniu w nowym kraju.
Chcieliśmy, aby Polacy, którzy przyjeżdżali do Norwegii, nie musieli popełniać tych samych błędów, które my popełnialiśmy na początku.
Ewa
Dużą rolę w tej działalności odgrywała również Ewa.
Moja żona była zaprzysiężonym tłumaczem.
Jej znajomość języka i norweskich realiów była ogromną pomocą dla Polaków, którzy dopiero rozpoczynali życie w Norwegii.
Mieliśmy więc oboje co robić.
Praca społeczna, pomoc Polakom, organizowanie szkoleń i codzienne życie zajmowały nam bardzo dużo czasu.
Praca i nowe życie
Jednocześnie musiałem normalnie pracować.
Prowadziłem własną firmę związaną z branżą naftową.
Stavanger był przecież jednym z najważniejszych miejsc norweskiego przemysłu naftowego.
Musiałem więc połączyć pracę zawodową z działalnością społeczną.
Nie zawsze było łatwo.
Ale po tym wszystkim, co przeżyliśmy w Polsce, traktowałem tę nową rzeczywistość jako wielką szansę.
Dla siebie.
Dla Ewy.
I przede wszystkim dla Kasi.
Przyjechaliśmy do Norwegii, żeby dać naszej córce lepszą przyszłość.
Z czasem okazało się jednak, że Norwegia dała nam coś jeszcze.
Dała nam możliwość rozpoczęcia życia od nowa.
A Stavanger stało się naszym drugim domem.
Praca na Morzu Północnym i własna firma
W Norwegii zostałem właścicielem własnej firmy działającej pod nazwą „Ryszard Kalinowski”.
Wyspecjalizowałem się w bardzo wymagającej i odpowiedzialnej pracy przy rurociągach naftowych – w wykonywaniu specjalistycznych prac przy połączeniach kołnierzowych.
Pracowałem metodą znaną po angielsku jako bolt tensioning, a po norwesku jako bolt trekking.
Była to praca wymagająca dużej wiedzy, doświadczenia, precyzji i odpowiedzialności.
W Norwegii było nas tylko pięć osób, które potrafiły samodzielnie wykonywać tę specjalistyczną pracę.
Przez lata pracowałem na większości platform naftowych na Morzu Północnym. Pracowałem również w norweskich stoczniach i rafineriach.
Był to świat wielkiego przemysłu, nowoczesnej technologii i ogromnej odpowiedzialności.
Każda wykonana praca musiała być precyzyjna.
Nie było miejsca na przypadek.
Własna droga zawodowa
Po emigracji do Norwegii rozpocząłem nowe życie, ale jednocześnie budowałem własną drogę zawodową.
Prowadzenie własnej firmy dało mi niezależność i możliwość wykorzystania zdobytej wiedzy oraz doświadczenia.
Praca na platformach naftowych Morza Północnego była wymagająca, ale dawała mi również ogromną satysfakcję.
Po latach trudnych doświadczeń mogłem pracować w zawodzie, który wymagał wysokich kwalifikacji i zaufania.
Firma R.T.K. w Polsce
Moja działalność zawodowa nie ograniczała się jednak tylko do Norwegii.
W Polsce byłem większościowym udziałowcem firmy R.T.K. spółka z o.o.
Produkowaliśmy plastikowe ochraniacze zabezpieczające śruby i nakrętki – tak zwane bolt and nut end protection.
Był to produkt oparty na moim własnym pomyśle.
Posiadam na niego zarejestrowany patent.
Było to dla mnie szczególnie ważne doświadczenie.
Od specjalistycznej pracy przy instalacjach naftowych na Morzu Północnym, poprzez prowadzenie własnej firmy w Norwegii, aż do działalności gospodarczej i produkcji w Polsce – przez lata starałem się wykorzystywać swoje doświadczenie i własne pomysły.
Praca i działalność społeczna
Życie zawodowe było jednak tylko jedną częścią mojego życia.
Równocześnie angażowałem się w działalność społeczną i pomoc Polakom w Norwegii.
Prowadzenie firmy, praca na platformach, działalność Towarzystwa Polsko-Norweskiego oraz życie rodzinne wymagały ode mnie ogromnego zaangażowania.
Ale po tym wszystkim, co przeżyłem wcześniej, wiedziałem już, że człowiek może rozpocząć życie od nowa.
Może znaleźć swoje miejsce.
Może stworzyć rodzinę.
Może zbudować własną drogę.
Dla mnie Norwegia stała się właśnie takim miejscem.
Miejscem, w którym po latach trudnych doświadczeń mogłem budować przyszłość – dla siebie, dla Ewy i dla naszej córki Kasi.


Poznaj moją historię zawodową w Norwegii.
Tu opowiem o mojej karierze zawodowej w Norwegi na platformach wydobywczych.